PoloniaIllinois >> Article
Kresowa Atlantyda

Posted on: December 13, 2021

W dzisiejszej Polsce nie ma większego miłośnika i znawcy polskości Ziem Wschodnich, czyli terenów wschodnich przedwojennej Polski – wraz z arcypolskimi miastami jak Lwów i Wilno, które w 1945 roku zostały oderwane od Polski decyzją sowieckiego satrapy i polakożercy Józefa Stalina, prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta (typa na równi obrzydliwego w tej sprawie co Stalin) i premiera brytyjskiego Winstona Churchilla od prof. Stanisława Sławomira Nicieji.



Stanisław Sławomir Niecieja urodził się w 1948 roku w Strzegomiu na Dolnym Śląsku, w rodzinie, która nie pochodziła z Kresów – co jest tutaj bardzo istotnym faktem. Stanisław Sławomir Niecieja jest historykiem, biografistą i historykiem sztuki XIX i XX wieku, profesorem nauk humanistycznych, jest kierownikiem Katedry Biografistyki Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego i byłym rektorem Uniwersytetu Opolskiego (1996-2002, 2005-08, 2012-16), oraz byłym senatorem V kadencji (2001-2005) z ramienia SLD. Ukończył studia na Wydziale Filologiczno-Historycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Odbył staże na Lwowskim Uniwersytecie Narodowym im. Iwana Franki (1978–1979), w Instytucie Historii PAN (1981–1982), uzyskał stypendium Bolesława Krokowskiego w Nancy i Paryżu (1986), stypendium Fundacji Lanckorońskich w Londynie (1990–1991), stypendium Fundacji Tadeusza Zabłockiego w Londynie (1992), stypendium Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie (1993). Opublikował 30 książek, około 400 artykułów naukowych, publicystycznych i popularyzujących historię oraz kilkadziesiąt biogramów i artykułów biograficznych (m.in. Edwarda Raczyńskiego, Karola Zbyszewskiego, Marii Danilewicz-Zielińskiej). Był promotorem ośmiu doktoratów. Publikował m.in. w „Zeszytach Historycznych” w Paryżu, „Dziejach Najnowszych”, „Odrze”, „Kresach Literackich”, „Przeglądzie Wschodnim”, „Życiu Literackim”, „Pulsie” w Londynie, „Orle Białym” w Londynie, „Tygodniu Polskim” w Londynie, „Kwartalniku Historycznym”, „Mówią Wieki”.



Podczas pobytu we Lwowie jako historyk sztuki, zainteresował się znajdującą się tam polską nekropolią narodową – Cmentarzem Łyczakowskim, na którym spoczywa wiele, wiele setek zasłużonych i znanych Polaków, często w pięknych starych grobowcach rodzinnych. To natchnęło go do napisania pierwszej swojej książki o tematyce kresowej i niewątpliwie najważniejszej w jego dorobku - „Cmentarz Łyczakowski we Lwowie 1786–1986”, który ukazała się nakładem Ossolineum (przeniesionego ze Lwowa do Wrocławia w 1946 r.) we Wrocław w 1988 roku. Książka podbiła Polaków – i to nie tylko pochodzących ze Lwowa czy Kresów, gdyż uczyniła wielki wyłom w murze dotychczasowego przemilczania w Polsce spraw kresowych. Miała więc kolejne wydania i ogółem wyszła w zawrotnym nakładzie 300 tysięcy egzemplarzy. Dała również autorowi nazwisko i pewną niezależność w społeczeństwie. Zasiadał więc prof. Nicieja m.in. w Polsko-Ukraińskiej Komisji do spraw Renowacji Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie (1989–1993), zespole Odbudowy Cmentarza Orląt we Lwowie (od 1993), Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (od 1994), komitecie redakcyjnym Słownika Biograficznego Polonii Świata w Paryżu (od 1992), redakcji miesięcznika „Semper Fidelis” (1989–1993), radzie programowej Polskiego Radia Opole (1993–1999). Był pomysłodawcą i realizatorem Złotej Serii Otwartych Wykładów Uniwersyteckich. Należy do twórców Towarzystwa Historyczno-Literackiego im. Karola Szajnochy w Opolu, w jego ramach w 1989 roku zaczął organizować wieczory autorskie i promocje książek. Jest laureatem m.in. Śląskiej Nagrody im Juliusza Ligonia (1989), nagród redakcji „Życia Literackiego” (1989) i „Przeglądu Technicznego” (1989), „Przeglądów Wschodniego” (1993) i „Polityki” (1999), Nagrody Literackiej Wojewody Opolskiego (1990), Nagrody Ministra Edukacji Narodowej I stopnia za osiągnięcia naukowe (1986, 1991, 1999), Nagrody im. Karola Miarki (2008), tytułu Zasłużony Obywatel Miasta Opola (1994), wyróżnienia czytelników miesięcznika „Kraków” w konkursie „Portrety 2020” na najlepszą biografię roku za XV tom serii „Kresowa Atlantyda” pt. Wilno (2021)[7]. W 1993 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2005 wyróżniony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.



Sukces wydawniczy związany ze „Cmentarzem Łyczakowskim we Lwowie 1786–1986” przekonał autora, że miliony Polaków jest głodnych poznania ukrywanej przed nimi przez 45 lat historii utraconych przez Polskę Kresów. Prof. Nicieja wszedł tym zainteresowaniom naprzeciw. Już w 1990 roku ukazała się jego kolejna książka o tematyce kresowej pt. „Cmentarz Obrońców Lwowa” (Ossolineum, Wrocław 1990). Kolejnymi jego publikacjami kresowymi były książki: „Z Kijowa na Piccadilly. Wokół biografii Tadeusza Zabłockiego – Gwasza, Helionia” (Opole 1994), „Jałta z perspektywy półwiecza. Materiały z konferencji naukowej zorganizowanej przez Instytut Historii Uniwersytetu Opolskiego w dniach 25–26 października 1994 roku, Instytut Historii Uniwersytetu Opolskiego” (Opole 1995), „Łyczaków – dzielnica za Styksem” (Ossolineum, Wrocław 1998), „Tam gdzie lwowskie śpią Orlęta” (ROPWiM, Warszawa 2002, album), „Cmentarz Łyczakowski w fotografii” (ROPWiM, Warszawa 2002, album), „Twierdze kresowe Rzeczypospolitej. Historia, legendy, biografie” (Iskry, Warszawa 2006), „Kresowe Trójmiasto. Truskawiec-Drohobycz-Borysław” (Iskry, Opole 2009) i „Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda” (Iskry, Warszawa 2009). Prof. Nicieja był także współautorem trzech filmów dokumentalnych o Lwowie, tj. „Orlęta Lwowskie” (1990), „Snem wiecznym we Lwowie” (1992), „Zadwórze – polskie Termopile” (1993).



Jednak największym kresowym przedsięwzięciem wydawniczym prof. Nicieji jest seria „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych”, która dotychczas w latach 2012-2021 ukazała się w siedemnastu tomach nakładem Wydawnictwa MS w Opolu. Jest pięknie wydawana na kredowym papierze i bardzo bogato ilustrowana. Dotychczas ukazały się arcyciekawe i odkrywające polskość tych miast i miejscowości: Tom I – Lwów, Stanisławów, Tarnopol, Brzeżany, Borysław; Tom II – Truskawiec, Jaremcze i Worochta, Skole, Morszyn; Tom III – Zaleszczyki, Kosów, Chodorów, Kałusz, Abacja; Tom IV – Kołomyja, Żabie, Dobromil; Tom V – Sambor, Rudki i Beńkowa Wisznia, Nadwórna, Bitków, Delatyn, Rafajłowa; Tom VI – Stryj, Kuty, Kniaże, Baniłów, Rybno, Załucze; Tom VII – Drohobycz, Turka, Sławsko, Majdan. Schodnica; Tom VIII – Łuck, Przebraże, Kołki, Kiwerce, Hołoby, Zofiówka, Wygadanka; Tom IX – Krzemieniec, Kisielin, Śniatyn, Pików, Załucze Maryki, Aleksandrówka; Tom X – Złoczów, Zadwórze, Kozaki, Gańczary, Łanowce, Zasmyki; Tom XI – Pińsk, Dereszewicze, Mołodów i Porzecze, Perkowicze, Międzyrzecz Korecki; Tom XII – Zbaraż, Podhorce, Olesko, Koropiec; Tom XIII – Grodno, Wołczyn, Stare Wasiliszki, Żołudek, Mosty, Druskienniki; Tom XIV – Stanisławów, Buczacz, Zabłotów, Ilińce, Trśjca, Chlebiczyn; Tom XV – Wilno; Tom XVI – Bolechów, Świrz, Chocin, Wełdzirz; Tom XVII – Twierdze Rzeczypospolitej.



Prof. Janusz Majewski – lwowianin, pisarz, scenarzysta i filmowiec, rektor Warszawskiej Szkoły Filmowej, tak napisał o tej serii: „Prof. Stanisław Nicieja jest historykiem Kresów dawnej Polski, a raczej dziejopisem duchowości i mitów tego obszaru. Jego metodę badawczą można by porównać do pracy archeologa: zakreśla teren badań, przekopuje go ostrożnie, przesiewa pieczołowicie ziemię, wydobywa szczątki, okruchy przeszłości i mozolnie, lecz z czułością skleja rozbite naczynie, uzupełniając brakujące części wiedzą i doświadczeniem badacza. Wtedy pokazuje je nam: patrzcie, oto przedmiot z zakresu kultury polskiej, która panowała na tych terenach przez sześć wieków, zanim została stąd wypędzona przez kaprysy historii. Spójrzcie – zdaje się mówić w swoim wielotomowym dziele – takie było tam życie zasiedziałych wielkich rodów i zwykłych rodzin, jednostek wybitnych i przeciętnych, które starałem się zrekonstruować. Kresowa Atlantyda jest owocem wysokiego profesjonalizmu autora, redaktorki i wydawcy.



W XVI tomie Kresowej Atlantydy ukazało się jakże wymowne credo kresowe prof. Stanisława Sławomira Nicieji. Credo, z którym powinno zapoznać się jak najwięcej współczesnych Polaków, coraz bardziej nie tylko zapominających o polskiej historii na Wschodzie, ale także lekceważąco do niej podchodzących. Tak jak w ogóle do całej historii Polski, na co największy wpływ miała prowadzona po 1989 roku antypolska i wyjątkowo szkodliwa polityka wstydu w odniesieniu do historii Polski. Nie ma na świecie bezgrzesznego narodu. Każdy naród ma na swoim sumieniu niejeden grzech. Mają go również Polacy. Jednak wprost maniakalne uwypuklanie polskich grzechów przy jednoczesnym ignorowaniu win popełnionych na nas przez naszych sąsiadów przez niektóre media i niektórych lichych czy stronniczych historyków często niepolskiego pochodzenia, to nie tylko droga donikąd, ale także bardzo niebezpieczna droga dla samej egzystencji państwa polskiego. Dzisiejsza Polska nie zgłasza pretensji terytorialnych do żadnego ze swoich sąsiadów i dąży do harmonijnego współżycia z nimi. I nie unika PRAWDY historycznej. Po co więc nastrajać antypolsko naszych sąsiadów niepoważnymi publikacjami i akcjami bardzo często dalekimi od PRAWDY historycznej?!



Nie może być ponownie tak, jak to było w okresie PRL-u, że Polakom nie mówiono o polskiej historii Kresów i albo ją przemilczano, albo prezentowano nam czy wręcz narzucano całkowicie kłamliwe wersje: rosyjską, ukraińską, litewską i białoruską ubrane w polskie słowa.



Marian Kałuski



Kijem bejsbolowym w Kresowian



Po wielkiej eksplozji zainteresowania dziejami Kresów, jakie nastąpiło po 1989 roku, w ostatnim dwudziestoleciu gwałtownie przybywa różnych utytułowanych demitologizatorów, którzy częstokroć mają problem z ustaleniem, w jakim kościele dzwonią, i blade pojęcie o polityce wschodniej Jerzego Giedroycia, ale za to pełne przekonanie, że polski żywioł na Kresach Wschodnich przez całe stulecia kolonizował tamtejszą ludność, zwłaszcza Ukraińców (Rusinów), Białorusinów i Litwinów.



„Polski kolonializm”



Zdaniem demitologizatorów polska szlachta na Kresach zachowywała się w stosunku do autochtonów nie mniej brutalnie niż Anglosasi w stosunku do Indian w Ameryce Północnej, Hiszpanie i Portugalczycy w Ameryce Środkowej i Południowej, Francuzi w Algierii, Belgowie w Kongo a Holendrzy w Indonezji. Polski żywioł – w myśl tej filozofii, którą wyłożył ostatnio szwedzki recenzent polskiej noblistki – tylko eksploatował te ziemie i wyzyskiwał niemiłosiernie ludność, czyniąc z niej niewolników, narzucając im wiarę i język. I właściwie nic dobrego tam nie zostawił.



Ta retoryka uzyskała najokazalszy wyraz naukowy w opasłych księgach francuskiego historyka Daniela Beaouvois, nagradzanego w Polsce ponad wszelką miarę. Pod wpływem tej retoryki oraz różnych mnożących się ostatnio rewizjonistów historycznych, próbujących pisać historię „od nowa”, Katarzyna Wężyk, recenzując ważną, płodną intelektualnie książkę prof. Adama Leszczyńskiego, zaszarżowała jak Kozietulski pod Somosierrą: Trzeba wreszcie – napisała – wyprowadzić się mentalnie z dworku. Jeśli twoi przodkowie w nim mieszkali, nie bardzo jest się czym chwalić: działający dziś Związek Szlachty Polskiej, nawet jeśli wśród szlachty byli też światli patrioci i reformatorzy, mógłby się właściwie nazywać Związek Potomków Właścicieli Niewolników. À propos tych niewolników: dzwoniło w którymś kościele. Tylko w którym? Istnieje potężna literatura, która wyszła spod piór historyków o niekwestionowanych autorytetach, i warto by ją znać, gdy pisze się z taką pewnością siebie i wydaje takie dyrektywy.



Wybitny znawca tej tematyki Adam Wierciński – drążący ten temat źródłowo od dziesiątków lat i mitygujący autorów szybo piszących a mało czytających, komentując wypowiedź Katarzyny Wężyk, stwierdził: Po co się ośmieszać mimo woli? Po co pisać o sprawach za mało poznanych? Dziś niezbyt zorientowani w polskiej historii publicyści wypisują niestworzone rzeczy o „dworku soplicowskim” (…). Trzeba wiedzieć, że ci, którzy mieszkali w dworkach, najczęściej nie mieli poddanych. Zdarzało się, że włościanie byli zamożniejsi od szlachty zagonowej. W większości dworków nie było wiele pomieszczeń. Nie było też podziału na część pańską i czeladną. Dworek to nieco większy dom wiejski, gontem czy słomą kryty, z gankiem i sienią na przestrzał, z kilkoma pokojami i alkierzem. A ci, o których z taką niechęcią pisze Katarzyna Wężyk, mieszkali we dworach i pałacach. Jak to było u Mickiewicza? Horeszkowie z zamku, Soplicowie z dworu, a Dobrzyńscy z dworków. Wypadałoby znać książki Janusza Tazbira, Jaremy Maciszewskiego, Jerzego Jedlickiego, Andrzeja Wyczańskiego i Andrzeja Zajączkowskiego, że o studiach Aleksandra Brücknera, Władysława Łozińskiego, Jana Stanisława Bystronia czy Zygmunta Glogera nie wspomnę. (…)



W dawnej Polsce gęsto było od dworków, rzadsze były dwory i pańskie rezydencje. Po dworach siedzieli właściciele folwarków, w pałacach magnaci i zamożniejsza szlachta („półtora szlachty”), a w dworku mieszkała drobna szlachta, lud herbowy, demos szlachecki rozsławiony przez Mickiewicza, Syrokomlę i Orzeszkową. Ci z dworków poddanych mieli rzadko. Często sami pracowali na swej roli.



Jeden z najwybitniejszych znawców dziejów kultury szlacheckiej w Polsce Andrzej Zajączkowski w perfekcyjny sposób opisał rozwarstwienie, jakie panowało wśród stanu szlacheckiego. Szlachta – pisał – była wewnętrznie zróżnicowana klasowo, a zróżnicowanie to faktycznie niweczyło jedność stanu. Zróżnicowanie klasowe szlachty występowało także w innych krajach, ale na miarę wypadków indywidualnych; w Polsce miało ono cechę masowości. Cała szlachta tworzyła piramidę, u której szczytu figurowało tylko paręnaście rodzin magnackich, bardzo bogatych, a u podstawy – tłumy szlachty zagonowej. Szlachta folwarczna zajmowała drugie co do liczby miejsce po szlachcie zagonowej, a różne rodzaje szlachty bezrolnej mieściły się na różnych poziomach piramidy, między jej szczytem a podstawą. Była to struktura unikatowa w skali europejskiej. Nie można wrzucać do jednego worka karmazynów i szaraczków. Nie można mylić mieszkańców pałaców, których było niewielu, z właścicielami dworków, pozbawionymi chłopskiej służby, których było dziesiątki tysięcy. To tak, jak byśmy próbowali w jednej warstwie społecznej umieścić miliardera Trumpa z właścicielem sklepiku w Minnesocie.

Oczywiście, można kpić – i czasem słusznie – z tworzonych obecnie związków szlachty polskiej, w których przeważają nuworysze, mający tyle wspólnego ze szlachtą, co bohater Molierowskiego „Mieszczanina szlachcicem”. Część powojennej inteligencji polskiej, wywodzącej się przynajmniej w 80% z klasy chłopskiej i robotniczej, w III Rzeczypospolitej zaczęło się wstydzić swych korzeni i jak ci fornale z opowieści Andrzeja Mencwela zaczęło głosić, że są spadkobiercami Kmiciców, Wołodyjowskich i Korczyńskich, a nie potomkami anonimowych kmieci. Wielu z nich korzysta z prac różnych domorosłych twórców drzew genealogicznych i na tej podstawie twierdzi, że ich potomkowie nosili herby i walczyli już pod Grunwaldem czy Chocimiem. Na ich palcach widnieją „rodowe sygnety”. Ale ta „szlachta” niewiele ma wspólnego z Kresami i z „posiadaniem – jak pisze Katarzyna Wężyk – własnych niewolników”.



Do powyższego dyskursu wprowadzono ostatnio również twórczość Olgi Tokarczuk i chcąc nie chcąc ośmieszono laureatkę Nagrody Nobla. „Księgi Jakubowe” – napisał Piotr Kofta – wywołały gwałtowny spór o dzieje Kresów Rzeczypospolitej. Tokarczuk podważyła Sienkiewiczowską kresową idyllę, zastępując ją wizją świata niewolniczego, skolonizowanego przez polskich panów.



„Kresowa idylla u Sienkiewicza? – zripostował tę wypowiedź Adam Wierciński. – Wolne żarty. Tylko naiwny czytelnik w młodym wieku, śledzący z wypiekami na twarzy losy bohaterów powieściowych może tak myśleć. Idylla? Pisał przecież Sienkiewicz o Ukrainie XVII wieku: Nieszczęsny kraj!... Gdy bunt w nim wybuchł, pokarał go naprzód i spustoszył pan Mikołaj Potocki, potem Zaporożcy i Tatarzy, którzy niby dla oswobodzenia go przyszli, a zaraz zawisł nad nim Jeremi Wiśniowiecki. Od kompetencji czytelniczych odbiór dzieła zależy. Maria Dąbrowska zanotowała w listopadzie 1938 roku: Po obiedzie czytam Trylogię, a właściwie »Ogniem i Mieczem«. Jakim sposobem ta posępna wizja Polski mogła służyć »ku pokrzepieniu serc«, trudno mi dziś zrozumieć. Chyba tylko ku ostrzeżeniu serc mogła służyć. Beznadziejnego to czasu obraz i Sienkiewicz nie był bynajmniej poczucia tej beznadziejności pozbawiony. Wcale nie był tak »wsteczny« ani tak głupi politycznie, jak o nim gadano. Sprawiedliwie też obdzielił zbrodniami i urokami obie strony – polską i ukraińską. Artyzm genialny i nic się nie starzeje.



„A ten świat niewolniczy, skolonizowany przez polskich panów brzmi jak cytat z sowieckich podręczników z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Skomplikowane były stosunki społeczne i etniczne na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej. Czasem ten świat był kolonizowany przez ruskich panów. »Polski pan« bywał często spolszczonym kulturalnie kniaziem czy bojarem ruskim, »niepolski chłop« – zrutynizowanym zbiegiem znad Wisły, a czasem i schłopiałym drobnym szlachcicem z Mazowsza czy Podlasia. Polszczył się tam ruski bojarzyn i rutenizował polski włościanin”. A do tego dochodził jeszcze problem licznych małżeństw mieszanych, w których dochodziło do rozmywania narodowości. Rzeczpospolita była państwem etnicznie wielonarodowościowym, podobnie jak później Austro-Węgry, zwłaszcza w Galicji, na Zakarpaciu.



Warto tę kwestię dobitniej zobrazować wypowiedzią znakomitego historyka Jerzego Łojka, który napisał: „Jak pijany płota, uczepiliśmy się doktryny państwa polskiego nie tylko współcześnie, ale i w historycznej przeszłości jednolitego narodowo. A prawdą jest, że przez kilkaset lat państwo takie w ogóle nie istniało, istniało natomiast wspólne państwo wielu narodów, rzecz jasna – państwo pełne niekonsekwencji i niesprawiedliwości (które z państw Europy wieku XV, XVI, XVII, XVIII wolne było od politycznej i społecznej niesprawiedliwości?)” .

Rafał Ziemkiewicz – znany publicysta i prozaik, który, niestety, w prezentowaniu swych poglądów i w polemikach używa, nie wiedzieć czemu, częstokroć obelg pod adresem inaczej myślących, przez co ogranicza recepcję swoich wypowiedzi, robiąc przy tym sobie i innym krzywdę, ma jednak wiele racji, gdy kwestionuje istnienie „polskiego kolonializmu”. Pokażcie mi – pisze – choćby jeden, jedyny ród wywodzący się z miejscowych kacyków czy wodzów z Afryki, Ameryki Południowej albo Indii, jakichś książąt Negombo czy Qutipuitizliliputli, który w dziejach dowolnej z kolonialnych potęg odegrałby rolę porównywalną jak w dziejach polskich Radziwiłłowie, Wiśniowieccy, Chodkiewiczowie czy Ostrogscy. Którego przedstawiciele piastowaliby najwyższe brytyjskie, francuskie albo hiszpańskie urzędy, prowadzili do boju jako naczelni wodzowie wojska imperium, doradzali królom, zrzucali ich z tronu i sami na tronie zasiadali. No – śmiało. Jedno jedyne nazwisko!

Nie ma takiego, prawda? Dlaczego jedyną odpowiedzią na moje proste pytanie ze strony fałszerzy historii wrabiających nas w „polski kolonializm” może być udawanie, że tego pytania nie ma?



Prof. Przemysław Czapliński, pisząc o Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk, stwierdził, że w tej powieści zawarta jest „wielka antysienkiewiczowska koncepcja”. Trudno nie zgodzić się z Adamem Wiercińskim, który w eseju „Sienkiewicz pośpiesznie czytany” zareplikował: „Gdzie tam grubej powieści Tokarczuk do Sienkiewicza? Po co ośmieszać takimi zestawieniami zdolną pisarkę z całkiem innej parafii artystycznej. Jeszcze jej powieści Sienkiewiczowi nie zagrażają” . Sądzę, że i w przyszłości nie zagrożą. Co to jest w ogóle za problem? Próby przeciwstawienia Sienkiewicza Tokarczuk to schizofrenia. W polskiej kulturze jest miejsce i dla Sienkiewicza, i dla Tokarczuk. Dlaczego mają się wzajemnie wykluczać czy rugować?



Kult faktów a poprawność polityczna



Moda na tego typu karkołomne przeciwstawienia jest – w moim odczuciu – chwilowa. Wiąże się z obowiązującą w Polsce (wzorem zachodu) poprawnością polityczną, która na pstrym koniu jeździ i za jakiś czas może zmienić kierunek ideologiczny. Będą burzone inne pomniki i propagowane „nowe wartości”, bo jak niegdyś śpiewał Bułat Okudżawa: „Każda epoka ma własny porządek i ład”, a „nad naszym zwycięstwem niejednym górują cokoły, na których nie stoi już nikt”.



Obowiązuje mnie jako historyka kult faktów i dlatego bronię prawdy o Kresach i Kresowianach. W moim – liczącym już piętnaście tomów – cyklu „Kresowa Atlantyda” jest wiele wątków, a wśród nich jest też problem obrony dziejów polactwa na Kresach przed częstokroć prostackimi pomówieniami i interpretacjami. Staram się udokumentować, że myśl społeczna, praktyka polityczna i wielopokoleniowa ciężka praca obywateli Rzeczypospolitej Obojga Narodów – tych z najwyższych sfer i tych z nizin społecznych – wniosła tam ponadczasowe wartości gospodarcze, kulturowe i edukacyjne, których nie da się spostponować.

W moim wielotomowym cyklu „Kresowa Atlantyda” (ukazało się dotychczas 16 tomów) staram się też ukazać, że przez długi czas po upadku i rozbiorach Rzeczypospolitej, gdy państwo polskie na Kresach nie istniało, a polskość metodycznie była tam niszczona przez zaborców rosyjskich i austriackich, majątki polskie konfiskowane, a ich właściciele trafiali do więzień bądź na Sybir, żywioł polski bronił się częstokroć w beznadziejnych sytuacjach i trwał, zostawiając wyraziste ślady swej obecności w kulturze materialnej, w życiu gospodarczym, w literaturze, w obyczajowości. I nie można wymazać z historii Polski tamtych osiągnięć. Wyrugować z pamięci historycznej całych kompleksów zabytków materialnych, które w czasach licznych wojen i najazdów zostały unicestwione, starte z powierzchni ziemi, i – poza starymi rycinami, a niekiedy fotografiami – nie zostało po nich śladu.



Główny wysiłek wkładam, aby tych śladów nie pokrył mrok totalnego zapomnienia. Aby nie zostało wrażenie, że na Kresach poza większymi miastami istniały tylko pałace, a obok nich kurne chaty i szalejący, niewolniczy wyzysk. Te fotografie, które wydobywam z rodzinnych archiwów, pokazują, że w wielu miejscach, gdzie dziś został tylko zarys fundamentów, były piękne zabudowania – jak na przykład w Wełdzirzu baronowej Walentyny Mazaraki-Miltitz, polsko-węgiersko-niemieckiej dziedziczki, która pracujących w jej dobrach nie traktowała jak niewolników, prowadziła imponującą działalność charytatywną i edukacyjną (co nie znaczy, że tak postępowali wszyscy).



Wyrażam ciągle przekonanie, że historia Polski bez Kresów – bez Wilna, Grodna, Krzemieńca, Lwowa czy Stanisławowa, ale też małych kresowych wsi i przysiółków – będzie kaleka i zafałszowana. To tak, jakby wycięto nam jedną półkulę mózgową.



„Prymitywni Kresowianie”



Jest też druga strona oceny przeszłości Kresowian – ta sugerowana przez różnych demitologizatorów i piszących historię „od nowa”. Twierdzą oni, że gdy żywioł polski został decyzjami administracyjnymi usunięty z Kresów i przesiedlony na tzw. ziemie odzyskane, czyli poniemieckie, to okazał się dla tych nowych polskich nabytków terytorialnych również niszczycielski, co miało być wynikiem niezwykle niskiej kultury repatriantów, „przepaści cywilizacyjnej”, ich zapóźnienia i wręcz prymitywizmu w stosunku do Niemców usuniętych z tych ziem.

Masa przesiedleńcza – według części badaczy – przypominała jakąś bezmyślną tłuszczę, która na ziemiach uzyskanych przez Polskę w wyniku decyzji jałtańsko-poczdamskich z upodobaniem unicestwiała tamtejszy dorobek cywilizacyjny i zabytki, złomowała nawet narzędzia rolnicze i niszczyła kanalizację, bo nie wiedziała, do czego te urządzenia służą. Dotykamy tu pewnej paranoi myślowej: jak to? Tam, na Kresach, byli kolonizatorami wyzyskującymi inne ludy, a tu, na zachodzie, stali się prymitywną tłuszczą, którą trzeba było cywilizować?



Prof. Zdzisław Mach – socjolog, antropolog, europeista, laureat wielu prestiżowych wyróżnień, visiting professor na dziesięciu zachodnio-europejskich i amerykańskich uniwersytetach – ogłosił przed 23 laty swoje naukowe odkrycie, o którym co pewien czas przypomina w wywiadach prasowych. Z jego badań wynikało, że po wojnie Polacy, a właściwie polscy komuniści, zrobili wielki błąd, gdyż wysiedlili z ziem zachodnich niemieckich bauerów. Gdyby ich zostawiono, to tych przesiedleńców ze wschodu mogliby nauczyć, jak się korzysta z poniemieckich maszyn rolniczych, czym się nawozi ziemię i że nawozić ją warto. Nauczyliby ich też nauczyć, do czego służy kanalizacja. A tak, to ci – jak to wynika z ustaleń Macha – zacofani, prymitywni przesiedleńcy poniszczyli to wszystko, z kanalizacją włącznie.



Zdzisław Mach pisze też o „niechcianych miastach”. Taki efektowny tytuł dał swej książce wydanej w Krakowie w 1998 roku. Pomyśleć, że Polacy mogli nie chcieć Wrocławia, Legnicy czy Świdnicy. Bardzo oryginalna hipoteza i wcale nienowa, bo jednym z pierwszych jej głosicieli był Tomasz Arciszewski – premier polskiego rządu emigracyjnego w Londynie, który 17 grudnia 1944 roku na łamach jednego z najbardziej prestiżowych pism brytyjskich „The Sunday Times” udzielił wywiadu, stwierdzając: „Nie chcemy rozszerzać naszej granicy na zachód tak, by wchłonęła 7-10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia i Szczecina”. Uważał, że ten niechciany dar wciska nam Stalin, a dystansują się od niego Churchill i Roosevelt. Później z tej niefortunnej wypowiedzi wycofywał się ustami swego rzecznika prasowego – Tadeusza Zabłockiego, mówiąc, że „został źle zrozumiany”. Z dużym opóźnieniem zorientował się, że Polska mogła wyjść z wojny wielkości Księstwa Warszawskiego: bez Lwowa i Wilna, ale też bez Wrocławia i Szczecina. Byłoby to kadłubowe państewko, sąsiadujące z dwa razy większą NRD. Wypowiedź Arciszewskiego ośmieszył nawet najwybitniejszy emigracyjny historyk Władysław Pobóg-Malinowski.



Zdzisław Mach użył tytułu „Niechciane miasta” w wyniku swoich badan prowadzonych w Lubomierza na Dolnym Śląsku – tym miasteczku słynnym z filmu „Sami swoi”, które stało się symboliczne i kultowe dla dziejów polskich przesiedleń z Kresów. W przeciwieństwie do Sylwestra Chęcińskiego, Andrzeja Mularczyka czy Kazimierza Kutza (film „Krzyż Walecznych”) przedstawił to miasteczko jako krańcowo wyniszczone przez repatriantów i wręcz „wymarłe”.



Oczywiście, takie ustalenia wpisują się również w retorykę tych opowieści od 30 lat, że wszystko w PRL-u było „brudne”, „szare”, „ponure” i „byle jakie”. Taką wypowiedź miał ostatnio w telewizji inny profesor socjologii Piotr Gliński – minister kultury, dodając przy tym, że peerelowska szkoła koncentrowała się na uczeniu różnych bzdur.



Niestety, poza moją wyobraźnią jest „wizja naukowa” Zdzisława Macha, że po tak straszliwych doświadczeniach wojennych mogliby obok siebie współistnieć, a nawet pobierać nauki od Niemców polscy repatrianci i ekspatrianci ze wschodu. Mego ojca, żołnierza września 1939 roku, przez ponad cztery lata niemiecki bauer na robotach przymusowych pod Wiedniem „uczył sprzątać stajnię, oporządzać konie i wyrzucać obornik”. Moją mamę, ujętą w łapance na wadowickiej ulicy, inny niemiecki bauer „uczył (co prawda tylko przez półtora roku) sztuki dojenia krów w jego gospodarstwie pod Berlinem”. Moi rodzice, gdy odzyskali wolność, osiedli po wojnie w poniemieckim miasteczku Striegau na Dolnym Śląsku i gdyby dalej mieli być tam „uczeni” przez niemieckich bauerów na gospodarstwie otrzymanym od urzędu repatriacyjnego, to nie wiem, czy dziś pisałbym po polsku. Nie wiem też, czy Strzegom nie nazywałby się dziś Striegau. Nie wiem też, czy Wrocław, w którym polskich uczonych (tych, którzy przeżyli niemiecki mord na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie) przyuczaliby niemieccy uczeni z Uniwersytetu Fryderyka Wilhelma, nie nazywałby się obecnie Breslau?



Przez lata, tu, na Śląsku, gdzie mieszkam i pracuję, wmawiano wielu Kresowianom, że w stosunku do kultury niemieckiej są zapóźnionymi pariasami. Nazywano ich pogardliwie hadziajami i zabugolami, i wielu z nich wpędzono w kompleksy. Wstydzili się, że są „zza Buga”, bo brzmiało to częstokroć jak obelga. Ukrywali, skąd pochodzą. Starali się jak najszybciej stracić wschodni akcent. Przez przypadek uczestniczyłem w takim incydencie: gdy przyszedłem na portiernię pobrać klucz do rektoratu, okazało się, że nie wisiał on w odpowiednim miejscu. Bardzo zdenerwowana portierka – p. Józefa Kulik, szukając tego klucza, głośno się usprawiedliwiała. Zauważyłem wówczas, że mówi z kresowym zaśpiewem, wręcz bałakiem. Zapytałem więc: „Pani Ziuto, to pani jest zza Buga?”. – „Rany Boskie, panie rektorze – odpowiedziała. Jak ja się tu, na Śląsku, wstydzę tego bałaku, i tak długo pracowałam nad tym, aby go stracić, ukryć. Ale jak się zdenerwuję, to on mi niechcący wychodzi”. „Pani Ziuto – odpowiedziałem. Niech pani do mnie od dziś mówi tylko bałakiem”. Klucz się odnalazł, a przy okazji zyskałem ogromną sympatię p. Józefy.



À propos tej wysokiej kultury materialnej, która podobno była w czasach niemieckich we wszystkich śląskich wsiach, to pragnę poinformować badacza dziejów Lubomierza, że na przedmieściach Strzegomia, gdzie się urodziłem i wychowałem, kanalizację założono dopiero za Edwarda Gierka, a w Pępicach pod Brzegiem, gdzie mam dom i piszę książki, zrobiono to dopiero za Donalda Tuska.



Jest wiele dowodów na to (w swoim archiwum posiadam również takie dokumenty), że Kresowianie, którzy jechali na Śląsk, wieźli ze sobą nie tylko dokumenty rodzinne, ale i całe księgozbiory. Zachowały się liczne egzemplarze książek ze stemplami bibliotek ze Stanisławowa, Kołomyi, Tarnopola, Sambora i innych. Wieziono z sobą cenne dzieła sztuki, przedmioty użytku domowego (np. ręczny magiel przywieziony przez rodziców Barbary Bukład z Opola), a nawet fortepiany. Tak było w przypadku Stanisławy Pleziówny – utalentowanej muzycznie córki pracownika PKP w Kołomyi, która wymusiła na ojcu zabranie do wagonu repatrianckiego ukochanego przez nią instrumentu. Gdy pociąg zatrzymał się na dworcu w Lublinie, patrolujący wagony oficer rosyjski chciał jej ten fortepian zabrać. Wyciągnął z kabury broń, by zastraszyć oponujących. Wówczas kilkunastoletnia Stasia wskoczyła na pudło fortepianu, uczepiła się rękoma za wieko i zaczęła krzyczeć: „Zabij mnie, zabij mnie, to wtedy fortepian będzie twój!” W obronie desperatki stanęli inni repatrianci i Rosjanin ustąpił. Fortepian trafił do Opola, a później korzystali z niego uczniowie opolskiej szkoły muzycznej mieszczącej się na Pasiece, w której nauczycielami byli m.in. przesiedleńcy z Kresów, m.in. Józefa Zielonczanka-Donicht (1888-1974), która w Samborze prowadziła prywatną szkołę muzyczną. Uczyła tam m.in. siostry słynnego tuż po wojnie muzyka Jana Cajmera. Gdy osiadła w Opolu, kontynuowała swą pracę nauczycielki gry na fortepianie, właśnie tym przywiezionym z Kołomyi. Józefa Zielonczanka-Donicht wykształciła na Śląsku wielu muzyków. Jednym z jej uczniów był Wiesław Panek – znany muzykolog, autor monografii o Adamie Didurze, Janie Kiepurze oraz Czesławie Niemenie-Wydrzyckim.



Za czym tęsknicie?



Nie zapomnę spotkania autorskiego przed kilku laty, w Bibliotece „Pod Arkadami” na wałbrzyskim Rynku, po którym podeszła do mnie starsza pani, mówiąc: Dziękuję za tom „Kresowej Atlantydy” o Truskawcu i Drohobyczu. Bo tu, przez lata, od reemigrantów z Francji, którzy w licznej grupie osiedli w Wałbrzychu, często słyszałam: „Za czym wy tęsknicie? Za tym dziadostwem, które zostawiliście na wschodzie? Za tymi kurnymi chatami i polskimi drogami, na których można się było utopić w błocie? U nas, tam, w Lotaryngii czy Burgundii, była przynajmniej »Francja-elegancja«. A teraz mogę takiemu »wyniosłemu Francuzowi« pokazać Pańską książkę z fotografiami i opisem pięknych, utopionych w ogrodach pensjonatów w Truskawcu i okazałych kamienic mieszczańskich w Drohobyczu. Mogę powiedzieć temu »Francuzowi«: Popatrz, za tym tęsknię i to mam w pamięci”.



Pomyślałem wówczas, że choćby dla tej jednej rozmowy warto było zgromadzić te unikatowe truskawiecko-drohobyckie fotografie i opisać historie ich właścicieli z tamtego zatopionego niczym mityczna Atlantyda świata, pokazać twarze ludzi, którzy tam żyli i pracowali.



Niewiele wspólnego z prawdą ma wmawianie w aureoli naukowości, że przesiedleńcy z Kresów masowo niszczyli poniemieckie budynki, sprzęty i maszyny. Prawdą jest natomiast, że gdy przyjechali na Śląsk, to częstokroć te poniemieckie gospodarstwa były już wyszabrowane przez tych, którzy byli tam przed nimi i wywieźli, co się dało gdzieś pod Poznań, Częstochowę, Sosnowiec, Będzin, Kraków czy do Warszawy. Szabrownictwo w pierwszych latach powojennych było powszechne. Znakomicie to obrazuje film „Prawo i pięść” Jerzego Hoffmana, według scenariusza Józefa Hena. Bardzo to wstydliwy temat, nie tylko w kinematografii potraktowany marginalnie. Wielu Kresowian wchodziło do zupełnie ogołoconych domów i gospodarstw, z których wywieziono meble i sprzęty, sprzedawane później na targowiskach oraz w sklepach Desy w tzw. centralnej Polsce i do dziś zdobiące salony domów w całym kraju.



Z wielu powojennych miasteczek dolnośląskich zrobiono po wojnie wprost cegielnie: uszkodzone przez wojnę budynki rozbierano na cegłę i wywożono m.in. na odbudowę zniszczonej Warszawy. Mój ojciec był zaprzęgnięty do wywozu cegieł ze strzegomskiego Rynku, gdzie rozebrano dwie zabytkowe pierzeje, aby odbudować warszawską „zabytkową Starówkę”, wpisaną później na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z cegieł strzegomskich wzniesiono wiele budynków na warszawskim Muranowie. To nie repatrianci zrabowali zabytki z dolnośląskich kościołów i muzeów, bo gdzie mieli je wywozić – za Bug i San? Oni, jeżeli mieli możliwość, przywieźli swoje obrazy, gdzieś spod Buczacza, Kołomyi czy Stryja. Wiele rzeźb sakralnych i obrazów wielkiej wartości pochodzących z dolnośląskich świątyń jest obecnie własnością Muzeum Narodowego w Warszawie, można je także spotkać w muzeach w całej Polsce. I nie wywieźli ich tam „prymitywni Kresowianie”.



W tych kilkunastu tomach „Kresowej Atlantydy” przywołałem kilka tysięcy nazwisk przesiedleńców z Kresów, przybyłych ze Złoczowa, Krzemieńca, Stanisławowa, Grodna, Łucka czy Drohobycza, że nie wspomnę o Wilnie i Lwowie. Byli wśród nich nauczyciele, którzy stali się rdzeniem kadry pedagogicznej w szkolnictwie dolnośląskim czy pomorskim. Kresowianie byli dyrektorami szkół wszystkich szczebli, do uniwersyteckich katedr włącznie. W moim świdnickim liceum niemal wszyscy profesorowie byli z Kresów, tylko niektórzy gdzieś z Wielkopolski czy z krakowskiego. Podobnie było z kadrą inżynierską w zakładach pracy, takich jak choćby dzierżoniowska „Diora” oraz bielawski „Bielbaw” czy „Bieltex”. Na Śląsku Opolskim, gdzie została bardzo liczna populacja autochtonów (ponad pół miliona), miejscowa inteligencja stanowiła śladowy procent. Licea i humanistyczne kierunki uniwersyteckie kończyły niemal wyłącznie dzieci Kresowian i repatriantów z Małopolski, Kielecczyzny czy Jury Krakowsko-Częstochowskiej. To jest temat dotychczas tylko zamarkowany przez socjologów. A więc ostrożnie z tym zacofaniem ludzi „zza Buga”.



Stanisław Sławomir Nicieja


Source: Stanisław Sławomir Nicieja
Martin Transports International
AzPolonia